piątek, 2 grudnia 2011
Ni to lesby, ni to hetero
To były ciężkie 24 godziny. Wczoraj o godzinie 1:30 wracaliśmy (ja+Agata) od Mateusza, gdzie przegrałem w Fifę, powróżyliśmy sobie woskiem i wypiliśmy dwie butelki grzańca. Prawie jak rodzinna impreza. Wszystko zmieniło się na moście. Przed nami szła para. Ona długie włosy, postura kobieca, on długie włosy, postura kobieca. Jak nie trudno się domyśleć z początku wziąłem ich za dwie całujące się lesby. Podchodząc bliżej zmieniłem zdanie, ale nie na długo. Teraz czytelniku powinieneś zamknąć oczy i wyobrazić sobie Ciebie, wracającego ze swoją drugą połówką, albo kimś wyrwanym w knajpie niedaleko. Wracacie do cichej przystani, do spokojnego, nie zmąconego żadnymi smutkami łóżka. Właśnie jesteście na moście, przechodzicie nad Wisłą namiętnie się całując. Ty masz w lewej ręce butelkę, teraz bierzesz zamaszysty łyk. Powstaje pytanie, co było w środku? Prawie mnie zmroczyło gdy to zobaczyłem. Żadne piwo, żadne wino, żaden alkohol, nawet woda, nawet cola. To było mleko! Środkiem mostu, półtora godziny po północy, kurczowo trzymając się za łapki, szła para. Ni to lesby ni to hetero i popijają mleko Koneckie!!!
Dziś byłem w Hucie. Ponad pół godziny tramwajem w jedną stronę. Podróż umilali mi panowie puszczających muzykę. Przypominała dźwięk pierdolenia miliard razy na sekundę głową o ścianę jednego z Nowohuckich bloków. Przyjechałem, załatwiłem co miałem załatwić. Dowiedziałem się, że klub Kombinator nie jest taki zły i wróciłem. Tym razem podróż umilały mi staruszki (dosłownie) kłócące się o miejsca.
